Limbo.

Hmm… ależ ze mnie leniwa bestia. Ta refleksja nachodzi mnie gdy mam coś do wykonania, nawet jeśli coś lubię, lub uważam, że fajnie byłoby to zrobić to mam czasem poczucie, że mi się nie chce. Zazdroszczę wtedy tym wszystkim o nie poskromionych pokładach energii, którzy od razu wszystko robią z prędkością światła, po czym znajdują sobie coraz to nowe zajęcia. Niestety mój wewnętrzny leń także gryzł mnie zanim zacząłem pisać “notkę na blogaska”, ale pokonałem dziada.

Zaczął się rok akademicki, i cieszę się z tego. Z każdymi zajęciami umacniam się w przekonaniu, że mój kierunek jest fantastyczny. Pod względem zarówno personalnym jak i merytorycznym. Mam nadzieję, że uda mi się do tego dorzucić resztę mojego planu i wszystko wyjdzie tak jak tego chce. Musi. Bo jak nie, to dupa. Zbita.
Ten semestr zapowiada się na cięższy niż poprzedni… Liczba referatów i prezentacji jest makabryczna w porównaniu z zeszłym rokiem. Samej nauki także będzie więcej, szczególnie, że jeszcze muszę doszkolić się do majowej maturki.

Ostatnio natrafiam na wiele Zjawisk. Z jednej strony miło jest, spojrzeń, zbadać, czasem poznać bliżej dane Zjawisko. Dobrze wiedzieć, że jest ich więcej niż mogłem przypuszczać… ale mam poczucie jakby pochodziły z innego świata, jakby innego wymiaru. Ja zaś jestem medium, które może do tych wymiarów zerkać, przenikać je, ale nigdy w stu procentach. Pojawia się więc dylemat - próbować zmienić mój wymiar, czy może znaleźć w nim to jedno, najdoskonalsze Zjawisko? A po dylemacie, pytania –  może tak naprawdę moje Limbo, jest gdzieś między wymiarami? Jeśli tak to co wtedy? Tak czy owak, cieszy mnie ten widok, ta jakaś dziwna Magia i to uczucie Olśnienia, gdy Zjawisko widzę. Ta moja przestrzeń, chociaż według niektórych ciemna i niezbyt ciepła, jest przyjemna. Daje inną perspektywę postrzegania. Taką jakby analityczno-badawczą. Czasem mam wrażenie, że wszystko jest za lustrem weneckim i mogę sobie badać Zjawiska, ludzi, świat. Następnie wyciągać wnioski i jeśli bogowie dadzą, zapamiętywać je na przyszłość.

Anathema.

Enjoy the Silence.

Wow… To już prawie dwa miesiące… dokładnie dwa miesiące bez 3 dni odkąd napisałem coś na moim wspaniałym blogasku… Hmm chyba musiałem zaczekać, aż trochę się nazbiera, tak żebym miał o czym tutaj pisać. Muszę przyznać, że ostatnio nie było żadnych rewolucji, które skłoniłyby mnie to pisania jakiś elaboratów na temat życia, czy innych takich tam. Teraz zreasumuje trochę viagra obijania się od Castle Party, które swoją drogą było chyba największym przedsięwzięciem tego lata i nie żałuje ani wcale, ze tak właśnie jest. Były pewne plany wypadu na Prodigy, na woodstock, jednak upadły z powodu braku funduszy, czy ogólnego zapału na kolejny wyjazd w Polskę, może tutaj trochę, żałuje, bo kiedy znów będzie okazja usłyszeć jeden z tych kilkunastu znanych utworów, których teksty się zna na pamięć od nie wiadomo kiedy…

Sierpień prawie w całości minął na obijaniu się, wybywaniu ze znajomymi na imprezy/piwo itp. Co najważniejsze z tego miesiąca to przyjazd mojej siostry ;) Jaka to jest wspaniała Kobieta… Najlepsza przyjaciółka zdecydowanie. Poznałem też prawdopodobnie przyszłego szwagra, który okazał się być bardzo sympatycznym anglikiem, jednak nie mógł zrozumieć dlaczego śmiejemy się z tzw. “tea time” czy “5 o’clock” ^^ Było fantastycznie, pojeździłem z nimi to tu to tam, różne wycieczki (np. kopalnia soli, browar tyski etc.). Okazało się, że spożycie w UK także wzrasta i Fozz zdecydowanie lubi dobrze się napić, więc zawsze było co robić. Gdy po trzech tygodniach udało mi się odstawić tą dwójkę spokojnie na busa, który odstawił ich na samolot, a ten z kolei do domów, moje cztery kąty ponownie nawiedził znany w środowisku kryminalno-lewicowym Krzysztof R. aka Aquenral i znów było bardzo sympatycznie, spotkaliśmy się  ze znajomymi, pogadaliśmy, przedyskutowaliśmy nasze wspólne uczucia dotyczące grubych ludzi jak i ludzi ogólnie, oraz gusta alkoholowe, stwierdzając, ze nie ma nic ponad obalanie monarchii. Tutaj taka mała dygresja. Przed przyjazdem Krzysztofa byliśmy na dwudniowym wyjeździe w Lipowej gdzie było magicznie. Tam też spożywałem najtańszą i jednocześnie jedną z lepszych whisky jakie piłem – Queen Margot.Wracając, nadszedł także czas na niego więc i on został zapakowany w zacny środek transportu jakim jest PKP i wysłany do domu. Tak, dotarłem do września.

Wrzesień był… hmm… jest… dziwny. Dlaczego dziwny? Cóż, doszło do pewnych nieoczekiwanych chyba zwrotów akcji czy spotkań, które w normalnych warunkach wywarłyby na mnie wrażenie, a tutaj nic. Może się skończyłem jeśli chodzi o przeżywanie dziwnych rzeczy, skończyło mi się paliwo, na emocjonowanie się… czy coś. We wrześniu spotkałem się z R. i było… ok. Obejrzeliśmy meczyk (niestety remis :<), napiliśmy się piwa, popilnowałem żeby nikt jej nie ukradł i wsadziłem w pociąg do Wrocka. Jedyne co mnie tak naprawdę dotknęło to to, że o tej 4 rano było już chłodno. Dalej wchodząc we wrzesień mamy moją pierwszą robotę. W końcu stwierdziłem, że moje 12 lat szkoły + rok studiów + 12 lat angielskiego + 0.5 roku hiszpańskiego + działalność w grupach teatralnych, filmowych, samorządach itp. się opłaciła albowiem to dzięki temu wszystkiemu (na pewno!) udało mi się dostać pracę. Inwentaryzacja w nocy w supermarketach <3. Jednym słowem, wsiadam do busa ten wiezie mnie do supermarketu, dostaje skaner (gruntowne 30min przeszkolenie z obsługi skanera było na szkoleniu dzień wcześniej!) i liczę. W sumie pracuje się długo, za średnią stawkę, ale jest dosyć przyjemnie… no może nie bez liczenia jednorazówek… Na szczęście to praca dorywcza i nie robie tego co noc, tylko kiedy mnie potrzebują, kiedy mogę i chcę. Jeśli chodzi o kariery to w październiku szykuję się bardzo dobra fucha, za grube ‘myliony’, i jeśli ona wypali to może w końcu pojadę obejrzeć moją jedyną Prawdziwą Miłość na żywo ;]. Zostało mi jeszcze 10 dni wakacji, które może zaowocują jakimiś spotkaniami czy znów wyjazdem do Lipowej (naprawdę to było by coś!). Potem zaczyna się rok akademicki, muszę przyznać, że się ciesze, zapowiada się ciekawie.

Ogólnie w moim życiu panuje jakaś harmonia, spokój. Cieszę, się, że tak jest i może tak zostac, jestem też gotów ruszac naprzód właśnie z tym spokojnym bagażem. Jest już pewien plan co dalej. Nawet taki długo dystansowy. Na razie może nazwę to marzeniem, a za jakiś czas będzie to porządny i prawdziwy plan.

Keep calm and enjoy the silence. ;)

Synthesize me.

No i Castle Party. Musze przyznać z ręką na sercu, że były to jedne z najlepszych wydanych pieniędzy i gdybym miał wybór wydać je inaczej lub znów na CePe to bez wahania pojechałbym do Bolkowa.

Oczywiście, jazda bez przygód to żadna jazda, więc i tym razem było zabawnie. Pytam się tylko dlaczego samochód zawsze psuje się gdy jest zimno, pada deszcz i jesteśmy w, tak zwanej, czarnej dupie gdzieś na autostradzie? 3 godzinna podróż zmieniła się w 8 godzinną, i było dosyć śmiesznie. Tego samego dnia (czwartek) udało mi się pomóc w rozstawianiu 3 namiotów w pogodę sztormową, ponieważ deszcz stwierdził, że nikogo nie oszczędzi. Było fajnie. Potem nadszedł odwołany piątek, gdzie udało się jedynie w nocy trochę pobawić.

Sobota.
To jest dzień gdy Castle Party w tym roku się zaczęło tak naprawdę. Udało się dopchać pod scenę, i na ostatnią kapelę, która w moim rankingu koncertowym zajęła drugie miejsce, byłem na pole position, idealnie na osi sceny. Zanim jednak dotrzemy do Diary of Dreams, mamy np. Zeraphine, który zapadł mi w pamięć, bo był naprawdę wspaniały.

Potem Umbra et Imago, która dała fajny show włączając doń współcastle’owicza – Mareva, ale muzycznie mnie nie zachwycili, z pewnością było to coś innego. Po nich przyszedł czas na gwiazdę wieczoru i jeden z tych gigów na jaki przyjechałem czyli Diary of Dreams. Byli wspaniali, nie wiem czy uważam tak dlatego, że także dla nich się tam zjawiłem, czy dlatego, że naprawdę byli tak genialni. Myślę, że jedno i drugie. To oni zostawili w mojej głowie:

Niedziela.

Tutaj doznałem największej muzycznej ekstazy i miłego zaskoczenia. Dlatego też z premedytacją to co mnie urzekło tak bardzo zostawię sobie na koniec. Zacznę od Controled Collapse, bardzo fajny Polski zespół, zaraz za nimi zagrali Dope Stars Inc. Także fajna kapela, którą chciałem zobaczyć na żywo. Następnie mamy… no do tego zaraz dotrzemy :>… mamy Suicide Commando. Takiej dawki energii dawno nie dostałem. Zastrzyk z adrenaliny prosto w serce, tylko tak można to określić. Dzięki tutaj kompance, z która stałem pod sceną na wspólne agresywne rzucanie się do ich muzyki ^^  Tutaj mam dwa kawałki, które mogę wrzucić.

Warto jeszcze dodać, że ich koncertowe wizualizacje są genialne!

Po nich pojawił się Project Pitchfork i nie zachwycił, a nawet trochę uśpił. Kawałek Timekiller był, wyszedł fajnie, i to tyle o nich.

DIORAMA

Jak spodziewać się mogłem, że będą fajni, okazało się, że byli magiczni. To jest mój numer jeden tego CP, i to potwierdza tylko kunszt Torbena Wendta i ogólnie całego zespołu. Żałuje, że nie grali dłużej, byli perfekcyjni. Najchętniej wrzuciłbym tutaj całą trackliste, jaką mnie uraczyli, posyłając przy tym w kosmos. Ekstaza.

Ten kawałek, nie chce mnie zostawić… I chyba nie chce by odchodził. ;) - mówię o “Why”.

I oczywiście coś czego nie mogło zabraknąć:

Szkoda, że nie grali dłużej, ale jak tylko pojawią się znów w trasie i będą gdzieś w okolicy zrobię co w mojej mocy by móc ich znów zobaczyć.

Hmm… I to chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o Castle Party. Było świetnie, za rok także się pojawię. Oczywiście nie obyło się bez jakiś tam chwil cichej refleksji, ale to była jedyna nitka, która łączyła mnie ze światem zewnętrznym. Powrót przebiegł spokojnie, jak zwykle przez Tę miejscowość.

PS: Niedziela/Poniedziałek bez telefonu był super :P I bardzo cieszę, się, że nikt nie mógł się dodzwonić/dopisać i miałem święty spokój…

PS2: Dzięki wszystkim, z którymi się na CP bawiłem, a w szczególności tym, z którymi tam przyjechałem ;)

viagra

Vacation.

“Wakacje. Wszystko udało się zaliczyć w pierwszym terminie, tak jak chciałem. Nawet na ekonomii prześlizgnąłem się jakimś cudem z upragnioną tróją… Teraz czas opieprzania się, co właśnie czynie w Katowicach poprzez siedzenie do 4 przy kompie, granie, oglądanie How I Met Your Mother (Barney ftw!), wychodzenie na piwo – tudzież inne specyfiki, granie sesji, imprezowanie i planowanie co dalej. Za 10 dni CP, więc jest na co czekać.” – 10/07, publikowalna cześć niepublikowanej wcześniej notki.

W ramach uzupełnienia dopiszę fragment z pobytu ojca w Polsce. Było naprawdę fajnie. Wypad do warszawy, czy do blachowni (razem ze stryjem) aby dowiedzieć się czegoś o rodzinie, która w większości już wymarła, okazały się ciekawe. Miło było posiedzieć, pogadać, obejrzeć razem mecze Copa America. Cieszę, się, że przyjechał. :)

Castle Party zasługuje zdecydowanie na własną notę.

Moving On.

Maybe I should ram a wall with a car?

“Sesja, sesja… i po studiach.” Przynajmniej tak mawiają. Myślę, że nie będzie tak źle… Jestem już po dwóch egzaminach, z czego jeden to 6 punktowy oblig, pojutrze następny, ustny. Może i ułożyłem sobie sesje hardkorowo, bo w tygodniu 3 egzaminy to nie tak mało, ale tak jest po prostu wygodniej. Wole stracić więcej życia na raz niż się z tym rozwlekać. Fajnie będzie zacząć w końcu w spokoju wakacje (już czekam na przyjazd Krzysztofa R., Castle Party, spotkanie z Siostrą i Ojcem itp. itd.)

Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś…

Ciepły, słoneczny Kraków jest naprawdę super. Nie zamieniłbym tego miejsca na żadne inne, atmosfera i moc tego miasta nadaje nawet takim momentom jak sesja animuszu. Nie każdy spodziewałby się po mnie takich słów :P Dziś podpisaliśmy wakacyjny aneks do umowy z Szeryfem z Nothingham, więc wszystko wskazuje, że kolejny rok spędzę na Wietnamie, razem z najbardziej przeje*banymi ludźmi (no dobrze… nie ludźmi – Wampirem/Cygańskim Baronem z Kosztów i Gojirą/Je*anym Fartuchem z Mikołowa) pod słońcem, których z ręką na sercu mogę nazwać Przyjaciółmi. Kolejny plus dla Krakowa, dzięki, któremu ich poznałem. Ten uczelniany rok, chociaż jeszcze nie można uznać go za zakończony oceniam… hmm… pozytywnie? Było w porządku, liczba pozytywnych i negatywnych emocji była spora, z pewnością nie mogę nazwać tego roku nudnym. Czy coś bym zmienił? Pewnie tak, ale nie warto chyba tego rozdrapywać jakoś specjalnie… Trzeba po prostu chociaż spróbować uczyć się na błędach ;]

La copa es Blaugrana!

Wracając do wydarzeń minionych nie mogę, nie skomentować oczywiście zwycięstwa Barcelony w Lidze Mistrzów. Oglądanie finału było jednym z najlepszych chwil w życiu. Euforia po każdej bramce, zdarte gardło do niemożności wyduszenia słowa, w towarzystwie chyba ze dwustu Cules. Gracias equipo! Teraz tylko przetrwać ten okres bez ligowych rozgrywek i wyczekiwać następnego wspaniałego sezonu najlepszej drużyny na świecie. W moim sercu Biały Orzeł a na piersi Blaugrana.

Przyznam jednak, że ostatnio miewam Keine Lust i czuję się zmęczony, w dużej mierze ludźmi i kontaktami z nimi. Przydałby się jakiś “Tybet”

Por que?

Ciężko napisać coś składnego… Dziwnie się czuje, i zostałem utwierdzony w fakcie, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Znam mechanizmy jakie mną kierują, jestem w stanie przewidzieć swoje zachowanie, rozpracować sam siebie, ale po co mi ta wiedza, skoro nie mogę nic zmienić? To jak widzieć przyszłość i nie ważne jakby wyglądała to nie ma nic co można zrobić. Starałem się zmieniać, zachowywać się inaczej, inaczej reagować na pewne rzeczy ale zawsze jest tak samo.

I am not healed.

Warszawa, która miała dokonać wielkich zmian, rozpalić światło w tunelu, została przeze mnie tylko wyśniona. Nie było tego wielkiego skoku do przodu, raczej normalny skąpy krok. Było… w porządku. Nic po za tym. Nie byłem zawiedziony, że przyjechałem, po prostu nie uleciałem. To potwierdza tylko, że minie sporo czasu zanim znów skończę i założę na plecy moje skrzydła z wosku… Życie, trza będzie jakoś zacisnąć zęby i przetrwać.

Por que?

Dlaczego? Dlaczego cierpią ludzie, na których mi zależy i którzy nie powinni cierpieć? To straszne, kiedy się na to patrzy, szczególnie, gdy często gra się rolę znachora, który pomaga i stara się dawać recepty. Ciekawe jest zjawisko, gdy taka cierpiąca po raz pierwszy dusza przychodzi i pyta „Da się to przeżyć?”, w tej sytuacji, czuje się jakbym 100lat i był wioskowym mędrcem gdy skinam głową i głaszczę odpowiadając „Tak, boli ale nie umiera się od tego umrzeć, chociaż nie raz będziesz tego chciała…”, a potem witam taką osobę w moim świecie prosząc by trzymała się blisko drzwi i brońcie Bogowie nie zgubiła. To niczym Vaapad. Ja potrafię siedzieć tutaj nie wariując i nie poddając się Ciemnej Stronie, ale nie ma pewności, ze i Ty sobie poradzisz.

Love-Hate-Rollercoster

To jest ciekawe zjawisko, które często na moją twarz wpycha uśmiech… Szczególnie ostatnio gdy mam taką przejażdżkę, najdłuższą w życiu.

„Dziś mnie kochasz, jutro nienawidzisz…”

Mi corazón siempre tuyo. Just be gentle with it.

.

.
.
.

Jesteście wyśnione.
Każda inaczej.
You are my Dream… All three of you.

Still Alive.

Prawie tydzień temu skończył się okres mojego mienia ‘naście’ lat. Na początku została postawiona dwójka, ale tak w ogólnym rozrachunku, nie czuję się bardziej stary niż zwykle. Co ważne w tym miejscu to ludzie, którzy pamiętali (nawet jeśli musieli posłużyć się facebook’iem to mogli olać przypomnienie), chciałem im podziękować. Dziękuje też za prezenty jakie dostałem, które w znacznym stopniu zwiększyły mój poziom fanboy’stwa względem pewnej drużyny piłkarskiej ;p 18 kwietnia to był dobry dzień.

Jedną z paczek, której bym się nie spodziewał dostałem we wtorek… Nagle po proszony o odbiór jakieś już zapłaconej paczki mnie zadziwił, szczególnie, że nie było żadnego liściku, wiadomości czy czegokolwiek abym mógł się domyślić kto jest prezentodawcą. To co zastałem w środku rozjaśniło sytuacje. Szczerze powiem, że od R. się prezentu nie spodziewałem, ale był to miły gest… Było uczucie pewnej odwilży… Chwilowe. Na pewno jest ciut lepiej niż wcześniej… Ehh… Pewnych rzeczy po prostu się nie zapomina. Za dużo kwasu i awersji. To wszystko zostawia ślady.

“I feel used. “

3 Maja zapowiada się ciekawie… Nie ciekawie, magicznie. Chyba spędzę go w Warszawie w towarzystwie jedynej osoby, która odbiera mi poczucie mizogini :P Mam nadzieję, że wszystko wypali i uda się, chociaż to abstrakcyjne biorąc pod uwagę odległość jaka nas dzieli… Zobaczmy po prostu co będzie… Dziękuje Ci ;> (chociaż ostatnio mnie wkurzasz ;p)

A obok tego wszystkiego dalej toczy się walka o życie. Życie pewnego maga ognia. Wszystko wskazuje na to, że Aedin jest bliski powrotu z martwych, chociaż pewien Los cały czas działa na przekór. Zawsze niczym feniks powraca z popiołów, więc powróci znów. Mam nadzieję, że szybko, by można rozpocząć kolejny Rozdział.

M.
My future is not set
For the tide has turned
But still I never learned to live
without regret.

Near Death Experience.

Godzina 20.00, już ciemno, wracam z sesji z przyjacielem, którego znam praktycznie całe swoje życie. Już prawie nie pamiętam czasów przed nim (w końcu poznaliśmy się w podstawówce…). Cel podróży niezbyt wygórowany, skoczyć coś zjeść do KFC. Jedziemy opustoszałymi drogami centrum miasta. Złe skręt, szlag, więc trzeba objechać. Gadamy sobie o RPGach jak to zwykle bywa. 20.15 zaczynamy skręt w lewo, do Real’a na ulicy Lotnisko. JEB! Przyduszenie pasem, zamroczenie, ból w kolanie. Władek pakuje mi do rąk moje okulary, szok. Wypadek.

Straszne przeżycie i nie polecam. Na początku nie do końca ogarniałem co się tam naprawdę stało. Wyszliśmy z samochodu i widzimy, że facet który musiał nieźle zapie*dalac przywalił w nas. Zderzak ma urwany, komora silnika zdewastowana, wyciekają płyny, odpaliły im się poduszki. My dostaliśmy w przedni prawy róg samochodu, całe nadkole zdewastowane, maska odskoczyła, a siła uderzenia zepchnęła nas tak daleko w lewo, że nikt nie pomyślałby, że skręcaliśmy… No nic stało się, no to straż, policja, lawety i wypad do KFC trwał prawie 3 godziny.

Co ważne z tego to myśli, który dochodzą do człowieka po tym jak opadnie szok. Gdyby ten facet w Renaultcie był 10 metrów dalej to nie uderzył by w róg samochodu… Uderzyłby praktycznie bez możliwości hamowania w drzwi pasażera… We mnie. To jest uczucie, które powoduje, że opada Ci lekko kopara, bo przy takich prędkościach ok. 10m jeśli nie mniej to praktycznie kilka sekund. Tak nie wiele brakowało bym nigdy już nic nie napisał. Teraz po 37h od zdarzenia, w obliczu tego, że życie w żaden sposób się nie zatrzymało przychodzą mi do głowy słowa tylko jednej postaci:

“Almost dying changes nothing, dying changes everything.”

Syntax Error.

Enjoy the silence…

Trzeba umieć cieszyć się tą ciszą, która pozostała… Nawet jeśli nie jest to do końca neutralna pustka, tylko ma w sobie jakiś negatywny ładunek, trzeba spróbwać to obejść. Cóż, nie można mieć wszystkiego, a jak widać, trzeba też zaakceptować porażki. Jedyne czego nie da się zaakceptować to formy porażki. Niektóre są zbyt brutalne i  bestialskie by od tak stwiedzic “Trudno, stało się.”. Jeśli zdewastowało się kogoś trzeba liczyć się z tym, że automatycznie spada się kilka rang w dół i pewnych rzeczy nie można już sobie przyjmować za oczywiste, naturalne. Tego już nie ma.

Teleportation.

Hmm… Gdy przemierzałem dziś o bezbożnej godzinie 7:24 Kraków, w drodze zastanawiałem się dlaczego człowiek nie ma naturalnej zdolności przenoszenia się w przestrzeni… I bynajmniej nie chodziło mi o szybsze dostawanie się na uczelnie. Chciałbym móc czasem po prostu teleportować się, w To miejsce na świecie, w końcu spojrzeć Ci w oczy i zapomnieć o reszcie wszechświata… Opatrujesz moje rany i za to dziękuje.

Błąd składniowy.


Cardiac Arrest.

kiedyś miałem Kobietę, za którą dałbym sobie rękę uciąć, i wiesz co? teraz bym ku*wa nie miał ręki.

Pewna cząstka mnie wierzyła/wierzy, że gdy oddasz komuś swoje serce to nie ma innej możliwości niż bycie szczęśliwym… To kłamstwo. Jak weźmiesz nóż, wytniesz sobie serce i oddasz je komuś, to jedyne co się stanie to to, że stracisz organ, który ma pompować krew przez Twoje ciało. Nie ma tu żadnej mistyki, żadnej magii, po prostu. Jak stracisz serce, to w ciągu kilku minut obumiera Twój mózg, dochodzi do nieodwracalnych zmian i następuje koniec. I tutaj pierwsza kwestia - “kilka minut”. W teorii po zatrzymaniu krążenia tracimy przytomność i umieramy sobie w spokoju, niestety nie zawsze tak jest, jak widać agonia umierania może trwać kilka miesięcy jeśli się postarać. Cóż zawsze fajnie było oglądać na ekranie filmy gdzie jakiś mistrz karate czy innej sztuki walki wyrywał serce swojemu przeciwnikowi i zgniatał je na jego oczach, rzeczywistość “weryfikuje wtórnie” fajnośc takiego obrazka. Gdy widzisz jak szczątki Twojego serca rozszarpywane są w kałuży świeżej krwii, nie dokońca ogarniając dlaczego? zaczynasz myśleć nad błędem Matrixa, w którym się znajdujesz.

Gdybym miał możliwość spotkania Nadziei, z wielką przyjemnością poderżnąłbym jej gardło, bez względu na to jak mała by była. Doskonale rozumiem dlaczego Jedi Starej Republiki, nie mogli mieć dzieci, nie mogli się przywiązywać, nie mogli Kochać ani czuć. Tak naprawdę gdyby mogli to mielibyśmy do czynienia z jedną wielką Ciemną Stroną, bo prędzej czy później zostaniesz przez to zjedzony… zeżarty bez znieczulenia. odbije się to nie tylko na Tobie ale na całej okolicy, i Twoim otoczeniu.

- Nie, bo zginiesz. Zobaczysz…
Zginąłem. znowu…